dr CookPierwszy raz ogłowie pod samoobjaśniającą się nazwą – Bitless bridle (ogłowie bezwędzidłowe) – zobaczyłem dawno temu w dalekim kraju. Zaciekawiło mnie niezmiernie, bo nie było podobne do niczego co wcześniej widziałem. Zgłębiłem zasadę działania, ale chęci kupna na przeszkodzie stanęła zaporowa cena…
Minęło kilka lat. Z chwilą gdy kupiłem pierwszą klacz idea odżyła, tym bardziej, że Kobra musiała mieć w życiu niemiłe doświadczenia z tym kawałkiem metalu. Koń był kochany do momentu umieszczenia wędzidła w pysku – potem było już tylko gorzej: dreszcze, poty, kłapanie pyskiem, rzucanie głową itp. – nerwy ją zjadały, nie można było nic zrobić. Ale sprowadzać takie ogłowie z dalekiego kraju za niebotyczną cenę? Przecież to nie jest takie skomplikowane…
Pierwsze zrobiłem z niepotrzebnego nikomu nachrapnika, drugie uszyłem z parcianej lonży. I tak się zaczęło… Potem doszła wiedza nt. szkodliwości stosowania kiełzn i problemów jakie powodują. Wszystkie konie, na których próbowałem to ogłowie, przyzwyczaiły się do niego bardzo szybko – po kilku-kilkunastu minutach jazdy. Nie muszę chyba dodawać, że problemy Kobry zniknęły od razu.

Jak to działa?

dr CookLekkie pociągnięcie za wodzę (żółta strzałka) powoduje wywarcie nacisku na dość dużą powierzchnię przeciwnej strony głowy. Koń znacznie chętniej odpowiada na tak rozłożony nacisk (pchanie – ustępuje od niego), niż na skoncentrowany na kąciku warg nacisk wędzidła (ciągnięcie). Pociągnięcie za obie wodze (lub na zmianę – lewa/prawa) wywiera nacisk na “całą” głowę łącznie z potylicą – koń opuszcza głowę i się “poddaje”. W przypadkach awaryjnych próba zatrzymania przez “piłowanie” (naprzemienne działanie prawą i lewą wodzą) nie robi koniowi żadnej krzywdy (w odróżnieniu od wędzidła).

Zalety

Widoczne na pierwszy rzut oka – koń jest znacznie spokojniejszy, zrelaksowany, znacznie chętniej odpowiada na pomoce, a przede wszystkim bez strachu, że zostanie zaszarpany można posadzić na niego zupełnego nowicjusza. W rzeczywistości szkółkowo-wakacyjnej ma to OGROMNE znaczenie jeśli chcemy, żeby chciał i potrafił zrobić coś więcej niż człapać “za ogonem ” w zastępie.

Uczyniliśmy to regułą – nikt nie dostanie u nas do ręki wodzy na których drugim końcu jest wędzidło. “To tak jak dać małpie brzytwę” – może to porównanie nie jest grzeczne i eleganckie, ale czasem przerażająco prawdziwe. Korzyści z takiej sytuacji wyciąga nie tylko koń – ponieważ nie boimy się sadzać początkujących na dobrze wyszkolonym koniu, to koń uczy jeźdźca, który dzięki temu znacznie szybciej osiąga postępy.

Ludzie reagują różnie – niektórzy (takich jest coraz więcej) reagują entuzjastycznie, innym (większość początkujących) jest wszystko jedno bo widocznie tak ma być. Spotykam się też ze stwierdzeniem – “ten koń mnie nie słucha, bo nie ma wędzidła. Jakby miał to by było OK”. Jeśli koń Cię nie słucha, to dlatego, że nie umiesz poprosić – nie ważne co ma a czego nie ma w pysku. Jeśli jeździectwo zamieni się w pewnej chwili w próbę sił to koń ZAWSZE wygra, choćby nie wiem co na niego założyć.

Oczywiście nic nie jest idealne, jak powiedział lis w “Małym Księciu”. Minusem są w tym przypadku stworzone przez człowieka przepisy, które nie pozwalają na start w takim ogłowiu w praktycznie żadnych zawodach, bo uznane jest za “nieregulaminowe”. Pewnym wybiegiem może być założenie na nie ogłowia z wędzidłem “tak, żeby było”. Pozostaje mieć nadzieję, że pewnego dnia to się zmieni, i na pewno będzie to z korzyścią dla koni.

Wszystkich zainteresowanych szczegółami, którym nieobca jest mowa Shakespeare’a, zapraszam na http://www.bitlessbridle.com.